Mieszkam w mieście, gdzie 440 lat temu zawarto unię z Litwą. Już choćby z tej racji powinienem w Itinerarium wspomnieć naszych zacnych i wielowiekowych sąsiadów. I zaraz ich wspomnę.
Co wam przychodzi na myśl, kiedy słyszycie słowo „kryzys”? Jeżeli ktoś dostaje już odruchów wymiotnych, znakomicie go rozumiem. Zapewne wielu z nas jest już zmęczonych nie tyle kryzysem, co gadaniem o kryzysie.
Wciągnąć się dałem w ubiegłym tygodniu w debatę (z pozoru całkiem poważną, bo z udziałem mediów z całej Unii, Europejskiej; poważną, bo nawet zaproponowano mi hotel w stolicy, po debacie – nie skorzystałem). Debata dotyczyła kwestii „Media w dobie kryzysu”. Pominę, com sam tam mówił, bo to miej więcej, wy czytelnicy Itinerarium, wiecie z moich zapisek. Pominę w zasadzie wszystko inne, poza jednym zdaniem, myślą na wskroś trafną, wypowiedzianą przez prof. Macieja Mrozowskiego, medioznawcę z Warszawy. Pan Profesor wpadł kilka miesięcy temu na pomysł, że napisze książkę o kryzysie, skąd się wziął, jak przebiega i co z niego może wynikać. Atoli w wydawnictwie, gdzie chciał opublikować swoje dzieło, powiedziano mu, że to nie ma sensu, ponieważ cykl wydawniczy książki jest dłuższy niż czas trwania kryzysu. Pan Profesor myśl o książce był porzucił.
Na Litwie, jeden z tamtejszych posłów, tak miał dość międlenia „kryzysu”, że zaproponował, że każdy polityk, który użyje słowa „kryzys”, ma zapłacić 100 litów (czyli 25 euro, czyli stówka prawie naszych złotych) kary! Zebrane zaś w ten sposób pieniądze zostaną przeznaczone na walkę z kryzysem. Brawo! Ponieważ w Polsce słowa „kryzys” nadużywa się o wiele bardziej niż w małej Litwie, zrealizowanie wileńskiej propozycji znacznie zapewne wzbogaciłoby nasz kulejący budżet.
Kryzys na Litwie ma też dobre strony dla nas Polaków, bo obronimy Grunwald, a zwłaszcza legendę o nieustraszonych wojach polskich, którzy pobili z kretesem Krzyżaków i litewskich dzikusach, którzy tylko poili szlachetne i dzielne polskie konie. Za rok będzie 600 lat od bitwy pod Grunwaldem i z tej racji Litwini wymyślili sobie duży film („Grunwald – Dzień Żelaza”), w którym to nie Polacy, a Litwini położyli pokotem hufce krzyżackie. Niestety, nie nazbierano na Litwie 5 mln euro, z powodu kryzysu, filmu nie będzie. Za to pojawi się 20-minutowa opowieść o sukcesach łuczników znad Niemna nad okutymi w zbroję Szkopami. A my dzięki temu spokojnie obejrzymy sobie w przyszłym roku – zapewne kilka razy – epokowe dzieło Aleksandra Forda („Krzyżacy”), gdzie nasi to czempioni, a Litwini, wiadomo, tylko konie nam podprowadzali. Vivat zatem kryzys, będziemy wzruszać się Jurandem, Danuśką, Zbyszkiem, Maćkiem i oczywiście Tolimą (ja osobiście). Brzydzić się będziemy, jak zawsze, Ulrykiem, Konradem i Zygfrydem. Co do Jagiełły, to pewnie do końca życia nie wybaczę Fordowi, że tę rolę dał Brunerowi! (to znaczy, dla mniej poinformowanych dodam, że rolę Jagiełły w „Krzyżakach” i rolę Brunera w „Stawce większej niż życie” grał ten sam, znakomity, Emil Karewicz). Ale vivat kryzys, na Litwie, Polacy górą nadal!
Jeszcze inne oblicze kryzysu, groźne pewnie dla polskiej moralności, wypatrzył mój znajomy stróż nocny, który pilnuje jednego z ogródków piwnych niedaleko Świętego Ducha w Lublinie.
– Patrz – mówi – kryzys! I to jaki! Dziewczętom nie starcza na normalne spódnice, więc noszą te „ćwiartki”, kuse takie. Jakby był dobrobyt, to by pewnie stać je było na dłuższe, za kolana takie. Ale kryzys! Mało wszystkiego! Materiału nie starcza, żeby zakryły sobie ramiona, a niektórym nawet brakuje, żeby osłonić klatkę piersiową! Kryzys! Kryzys!

