BULDOG I KSANTYPA

No nie wiem, jak hucznie świętować Boże Narodzenie, które już znika z naszego i kalendarza i wystroju. W kościołach szopki już rozebrane, jeszcze się trochę (do 2 lutego zwyczajowo) pośpiewa kolędy, od poniedziałku zamienimy brewiarz z pierwszego tomu (okres Adwentu i Bożego Narodzenia) na trzeci (pierwsza część okresu zwykłego).

Na szczęście przypomniałem sobie – i wam przypominam – że jest karnawał! Na cześć Pana Jezusa, tu pomiędzy nami narodzonego, obecnego, należy zatańczyć, smacznych rzeczy naszykować, najlepsze stroje wyjąć, włosy zawadiacko ułożyć, nie skąpić na trunki przednie w ilości stosownej.

Nie umiemy się cieszyć Bogiem Bliskim, jak już robimy zabawę, to wychodzi z nas buldog albo jakaś Ksantypa. W drugi dzień Świąt podróżowałem autem i zaobserwowałem zjawisko buldoga. Za kierownicą 8 na 10 mijanych aut siedziały panie, zapewne żony. Większość z nich dość sztywno, prawie na szybie przedniej, ze wzrokiem nieruchomo wbitym w szosę. Obok panowie, tzn. buldogi, albo podsypiający z nadmiaru alkoholu we krwi, albo na tyle w formie, że jeszcze mogli strofować małżonki. Buldog to pan i władca auta domowego. Normalnie to on jeździ, oczywiście jeździ najlepiej na świecie, doskonale, co tam ten Kubica! Ale się napił, więc żona z konieczności ma ten swój debiut za kierownicą. On obok, pomrukuje, pohukuje, warczy, ślini się, poprawia, strofuje, z wysokości autorytetu nieomylnego.

– No przyśpiesz, wleczesz się …

Ona oczywiście, siadając dwa razy do roku za zabawką męża, zestresowana, spanikowana, dobrze, że jedzie po drodze nie rowem, a tu jeszcze wymagania…

– No jak skręcasz, ty … – tu padają różne wyrazy czci lub niesławy.

On by to lepiej skręcił, ale nie może, bo napity, więc chociaż skrzyczy żonę, wykaże się wiedzą, szefostwem i tupetem.

Jeden z moich znajomych skarżył mi się, wprawdzie nieśmiało, że nie bardzo jak ma zaprosić kolegów do domu. Żona wysuwa szereg kontrargumentów. Bo trzeba trochę bardziej niż zwykle posprzątać. I coś tam z zakąsek przygotować (a to kosztuje). Potem jeszcze zmywanie. Słowem dużo ceregieli, a pożytek niby jaki?

Ja oczywiście, nie namawiam, aby na cześć Pana Jezusa rozbijać domowe auta czy zaraz barana z rusztu fundować kolegom. Ale potrzeba nam chyba takiej prostszej radości, ucztowania z ludźmi, wyśmiania się z naszych nadzwyczajnych cnót, potańczenia bez okazji szczególnej.

Kiedy stajemy się bardziej ludzcy, naprawdę Bóg jest nam bliższy. Ten Bóg, co stał się człowiekiem.

Itinerarium , , , , , , , , , , , , ,

Comments are closed.