Heller – c.d. (12)

W latach siedemdziesiątych XX stulecia było jeszcze nie do pomyślenia, by na naukowy zjazd odważono się zaprosić filozofa. W latach osiemdziesiątych zdarzało się to coraz częściej, a w latach dziewięćdziesiątych należało już do dobrego tonu. W kręgach uczonych znacznie wzrosło też zainteresowanie religią. Podejrzewam, że takie zainteresowanie zawsze istniało, ale nie wypadało się do tego głośno przyznawać.

To nie ja. To ks. Michał Heller w swojej najnowszej książce pt. „Podglądanie Wszechświata”, która ukazała się kilka dni temu, już po przyznaniu mu Nagrody Templetona.

Chyba podobnie jest z agnostykami w środowiskach kościelnych. Obecnie do dobrego tonu należy, żeby każde miało swojego. A jakie środowisko, taki agnostyk, który od czasu do czasu powinien zamieszać, byle nie za mocno. Więc ja dziś bardzo delikatnie, tym bardziej, że Wielkanoc.

Otóż, w przeciwieństwie do uczonych, zawsze głośno przyznawałem, że jestem religią bardzo zainteresowany (no ale nie jestem uczonym). Nigdy też nie sądziłem, by między wiarą a nauką istniał jakiś zasadniczy konflikt. Owszem, jest problem z niektórymi dogmatami, ale w dogmaty, jak mi mówią w tajemnicy mądrzy księża, wcale nie trzeba wierzyć.

Problem jest w czym innym. Otóż wydaje mi się, że sprawy wiary i niewiary tłumaczą po prostu geny. Nie chodzi o jakiś gen wiary, albo gen niewiary. Chodzi o predyspozycje genetyczne, które mądrzy protestanci nazywają predestynacją. Masz je, albo ich nie masz. Jak masz, a na dodatek w odpowiednim czasie trafisz na jakiegoś swojego Ducha Świętego – to wierzysz. A jak nie masz, to i w Świętym Duchu jesteś agnostykiem. Taka karma i nie ma co filozofować.

A więc: Alleluja i do przodu – jak mawia pewien klasyk.

Jan Pleszczyński

Spoza kruchty , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Comments are closed.